Lodowe wspinanie w Rjukan – marzec 2016

W końcu, po bardzo długim czasie myślenia o wyjeździe na lody do Norwegii, udało się osiągnąć cel. Czemu tak długo mi to zeszło? Zawsze coś stawało na przeszkodzie, a to kontuzja, a to coś innego, może za bardzo liczyłam na bardziej doświadczonych kolegów, że coś zorganizują. Tym razem tak się złożyło, że z pierwotnej ekipy wyjazdowej zostałam sama. Ostatecznie dołączył do mnie znajomy z bunkrów z Janówka i jego trzej koledzy. Wiało „przygodą” jeszcze przed wyjazdem. Wspinanie w nieznanym terenie z nieznanymi ludźmi – to mogło się skończyć nieciekawie. W dodatku stan mojej ręki pozwala mi głównie ciągać się „na drugiego”, więc zapowiadało się jeszcze ciekawiej.

camping sandviken

Zapakowaliśmy się w piątkę do Fiata Freemonta i podróż jakoś minęła. Opcji dojazdu jest wiele i każda ma swoje zalety i wady. Każdy, kto się wybiera w te rejony, powinien  sam sobie przeanalizować różne warianty. My jechaliśmy na prom Sassnitz – Trelleborg, ale nie twierdzę, że to jedyna właściwa droga.
Chciałam się podzielić z Wami krótką relacją z wyjazdu, z perspektywy osoby o marnym doświadczeniu we wspinaniu lodowym.

Przez cały wyjazd polegaliśmy na przewodniku Heavy water Ice climbing in Rjukan – Norwey, wydawnictwa Rockfax. Dokładniej na skanie tej książki – jej nakład jest wyczerpany i nie ma szans, żeby kupić nową.

Pierwszy dzień wspinaczkowy – King Kong
Nocowaliśmy na Campingu Sandviken w pięcioosobowym domku. Swoją drogą rewelacyjne i niedrogie miejsce. Szukaliśmy więc jakiegoś ciekawego rejonu w pobliżu – padło na King Konga. W przewodniku opis dojścia wyglądał przyjaźnie. Owszem dojście nie było długie, ale wygrzebywanie się ze świeżego śniegu sięgającego miejscami pasa trochę zajęło. Żeby dostać się do lodów trzeba było zjechać na linie. Potem kolejne przedzieranie się przez świeżutki śnieg i można się wspinać (i odśnieżać). W zespole padły Kong Bore WI4, Kong Vinter WI4 i King Kong WI5.

kong_kong

W tym samym czasie, Hiszpan ze wspinającego się obok nas zespołu, złamał nogę. Odpadł na King Kongu, śruba go zatrzymała, jednak nie zdołał zamortyzować uderzenia nogi o lód. Hiszpanie nie skorzystali z naszej propozycji pomocy, nie wzywali też ratowników. Jakoś zdołali połamanego wyciągnąć po King Kongu, a potem biedny poszkodowany doczołgał się po śniegu do samochodu. Stało się tak, ponieważ nie miał ubezpieczenia na akcję ratowniczą i bał się zbyt dużych kosztów. Taka nauczka na przyszłość, chyba.
Do samochodu w komplecie dotarliśmy już po zmroku – trochę nam zeszło wydostanie się z rejonu. Dzień bardzo przyjemny, ale brutalnie obnażył nasze braki techniczne i nieduże doświadczenie we wspinaniu w lodzie.

Dzień drugi – Mael
Piękne miejsce ale dojście mnie zniszczyło. Lodospady znajdują się w wielkim kotle, który widoczny jest już z drogi dojazdowej. Tego dnia zebraliśmy się dosyć późno i dojście też zajęło nam nieoczekiwanie dużo czasu. Ponownie dojście do lodospadów miało być poprzez zjazd z góry. My trzymaliśmy się wydeptanych śladów (okazało się, że znowu Hiszpanie;)) i szybko okazało się, że do zjazdu nie dojdziemy. Wylądowaliśmy trochę poniżej lodów i znowu trzeba było się przedzierać przez piękny, głęboki norweski śnieg;] Miejsce malownicze, ale zrobił nam się z tego treking, a nie wspinanie.
Po wejściu do kotła od razu w oczy rzucił się piękny Haugsfossen WI6. Nie za bardzo nadawał się do wspinania – spod lodu bryzgała już woda w sporych ilościach.

Ponieważ było już późno, zdecydowaliśmy się na pięcioosobowy pociąg na Isrorer Vest WI4. Tak, szaleństwo. Lód leciał ze wszystkich stron – kask tego dnia był kluczowym elementem wyposażenia. Całość zrobiliśmy w trzech wyciągach, gdzie ostatni składał się głównie ze śniegu. Potem powrót przy czołówkach, również po wydeptanych śladach, na szczęście doprowadziły nas do drogi. Dla mnie to była przygoda ;]

mael

Dzień trzeci – rest i przeprowadzka
Temat pomysłu na przeniesienie się w trakcie wyjazdu to dłuższa i nudna historia. Poranek spędziliśmy na śniadaniu i pakowaniu się. Około 13 udało się dotrzeć do Rjukan Hytteby – kolejnych domków. Domek był wyposażony w łazienkę, aneks kuchenny i bezpłatne wi-fi. Niby wygodniejszy, ale klimat już nie ten. Po rozpakowaniu się i zjedzeniu drugiego śniadania uznaliśmy, że nie będziemy gnić w domku cały dzień. Na muzeum było już za późno (a szkoda), więc padł pomysł zobaczenia, a może i zdobycia najwyższego szczytu okolicy – Gaustatoppen. Wysokość szczytu nie jest imponująca – 1891 m n.p.m. ale za to widoki rewelacyjne. Z wejścia zrezygnowaliśmy. Po pierwsze dlatego, że było cholernie zimno, po drugie wiązałoby się to z kopaniem się w śniegu po pas albo i lepiej. Szczyt zimą jest jednak bardziej przyjazny dla skiturowców i narciarzy. Na górze znajduję się spory ośrodek narciarski. Tak oto dzień minął na doznaniach wizualnych.

widok_pod_gaustatoppen

Dzień czwarty – Krokan
Klimat jak w skałach. Łatwe, szybkie dojście i masa fajnych jednowyciągówek. Przez cały dzień byliśmy sami w rejonie, a pogoda też była przychylna. Łupem padło parę lodów, jeden po drugim – nawet nie sprawdzaliśmy jak się nazywają. To był na prawdę dobrze wykorzystany dzień. Przy okazji obejrzałam sobie miejscowe drajtulowe M10.

malowniczy_krokan

Dzień piąty – Upper Gorge
Do rejonu zeszliśmy wydeptaną ścieżką przy moście. Słoneczna pogoda i cała masa lodu w jednym miejscu. Tego dnia trzymałam się mniej doświadczonej części ekipy. Naszym celem było poruszanie się po łatwych formacjach, żeby popracować nad prowadzeniem, wkręcanie śrub i ogólnie poprawić umiejętności poruszania się w lodzie. Porobiliśmy miejscowe WI3, a na koniec wbiliśmy się w Lettvana WI2. Tak, wiem – cyfra słabiutka, ale teren bardzo ładny, a lód wylany bardzo szeroko. Tradycyjnie, zrobiliśmy o jeden wyciąg mniej niż przewidywał przewodnik.
Tego dnia okazało się, że to raczej końcówka sezonu. Słońce zaczęło już mocnej operować w wyższych partiach doliny, co powodowało lokalne małe lawinki śnieżne. Widokowo ciekawie, ale nie chciałabym wtedy być w połowie ściany.

upper-gorge

Dzień szósty – Lower Gorge
Malowniczy rejon położony nad rzeką. Po dosyć ostrym zejściu (poręczówki na drzewach), trafiliśmy nad samą rzekę. Poruszaliśmy się dość ostrożnie, tak żeby przypadkowo nie wpaść do wody. Większość lodów była trochę zaśnieżona i wylana zupełnie inaczej niż pokazywały zdjęcia w przewodniku. Połaziliśmy po różnych trójeczkach – zidentyfikowanie ich po nazwie sprawiło nam sporo kłopotów. Bardzo fajne miejsce dla początkujących. Druga część zepołu szalała w Upper Gorgu.

lower_gorge

Dzień siódmy – Rjukanfossen
Był to też dzień wyjazdu, więc nie chcieliśmy się za bardzo męczyć przed długa podróżą. Rjukanfossen do czwórkowa propozycja w rejonie Upper Gorge. Nauczeni doświadczeniem  z poprzednich dni, do doliny zjechaliśmy z poziomu drogi, potem niedługi spacer w kopnym śniegu i oczom naszym ukazał się hit rejonu czyli Lipton WI7. Już trochę zmaltretowany tej zimy nie miał środkowego sopla i był trochę rozmoknięty. Nie nadawał się już do wspinania, ale i tak wygadał przepięknie.

rjukanfossen

Nasz cel był cały, prawa strona ociekała wodą, ale lewa wyglądała przyjaźnie. Lód był całkowicie wylany, nie było elementów drajtulowych, tak jak to opisywali w przewodniku. Całość zrobiliśmy w dwóch wyciągach – dzięki 70m linie. Widok po wyjściu przepiękny – zwłaszcza, że pogoda zaczęła się robić wiosenna. Zrobienie całości w trzy osoby zajęło nam niecałe dwie godziny. Bardzo pozytywny koniec wyjazdu.

wspianie w rjukan

Cóż mogę powiedzieć… jestem oczarowana rejonem, norweską zimą i samym wspinaniem w lodzie. Ostatecznie moje obawy co do towarzystwa nie potwierdziły się. Brakowało nam jedynie drugiej bardziej doświadczonej osoby, ale i tak uważam, że organizacyjnie daliśmy radę. Co bym zmieniła? Ręko, napraw się! Stan lewej ręki praktycznie uniemożliwia mi skuteczne zabijanie dziaby. Zostaje szukanie dziurek, zrobionych przez partnera lub dziabanie prawą ręką. Da się, ale jest to bardzo męczące. Mogłabym się też lepiej przygotować kondycyjne. Grzebanie się momentami w śniegu po pas dało mi nieźle w kość. Mam nadzieję, że za rok tam wrócę, w trochę lepszej formie i większym ogarnięciem tematu, żeby móc poprowadzić jakiegoś fajnego loda.