Bike Challenge – mój pierwszy wyścig rowerowy

Na imprezie Bike Challenge byłam trzeci raz, ale pierwszy raz w charakterze zawodnika. Wcześniej robiłam za obsługę techniczną Łukasza (zdjęcia, filmy), który współpracuje z organizatorem. W tym roku namówił mnie i swoich rodziców (na tandemie) do startu.

Bike Challenge to największy wyścig amatorski tego typu w Polsce. Na dystansie family (11 km) jechało 726 zawodników, na średnim – 1379, a na 120 kilometrów – 1342. Co daje łącznie prawie 3500 startujących.

W tym roku impreza odbywała się na stadionie Inea w Poznaniu – bardziej znanym jako stadion Lecha ;] Poprzednie dwie edycje miały start przy jeziorze Malta. Klimat o wiele fajniejszy, ale trzeba przyznać, że stadion jest wygodniejszy pod względem organizacyjnym. Jest więcej przestrzeni na całe zaplecze, dojazd na miejsce startu też był prostszy (szersze ciągi komunikacyjne). Ostatecznie mogę powiedzieć, że zmiana lokalizacji była bardzo dobrym ruchem.

 

Start przed stadionem

 

Jak się zapisać?

Jak wszystkie imprezy tego typu, ta też nie jest za darmo. Aby wziąć udział trzeba wykupić odpowiedni pakiet startowy. Nie ma tym nic skomplikowanego – pakiety były dostępne na Allegro. W zależności od momentu kupowania, ceny się zmieniały i to bardzo zauważalnie. Dla przykładu, dystans średni do 11 marca kosztował 99 złotych, do końca czerwca 129 złotych, a do końca lipca 199 złotych. Zawartość pakietu jest niezmienna.

Pakiet należało odebrać dzień przed imprezą do godziny 21. W naszym przypadku wiązało się to z noclegiem w Poznaniu. Myślę jednak, że awaryjnie nie było problemu z odbiorem tego samego dnia rano.

W tym roku w pakiecie była koszulka, rękawki i czapeczka kolarska, batonik i kupon rabatowy do sklepu sportowego. Wszystko w firmowym woreczku. Oczywiście załączone były też naklejki z numerem startowym oraz numer do przyczepienia na koszulkę (agrafki w komplecie). Po ukończeniu wyścigu dostaje się pamiątkowy medal.

Na koniec wyścigu uczestnik ma wstęp do strefy bufetowej. Po zeszłorocznych niedoróbkach w tym roku organizator się postarał. Była ciepła zupa, tortilla i owoce dla dzieci. Nie mogę powiedzieć czy dobra, bo mieliśmy wejściówki do strefy VIP ;]

 

Dystans średni – ile to kilometrów?

W nazwie dystansu było 45 kilometrów. Ostatecznie trasa miała 53, co niektórzy krytykowali. W regulaminie jest zapis, że dystans średni może mieć od 40 do 60  kilometrów. Trasa była wcześniej podana i rozrysowana na stronie. A że taka nazwa dystansu? Co za różnica, wszyscy przejechali tyle samo.

Na jakim rowerze jechać?

Na takim jaki masz. Nie ma nakazu jechania na szosówce; jeżeli ktoś ma ochotę może zabrać fatbike’a. Nie ma jedynie rowerów elektrycznych. Dodatkowy wymóg, to posiadanie hamulca i kasku. Niestety widziałam jednego gościa na ostrym kole, bez hamulców. W tak dużej grupie nie jest to rozsądne rozwiązanie.

Przekrój rowerów był bardzo szeroki: od szosówek z wyższej półki, po rowery MTB, fulle, crossy, miejskie i tandemy. Ja jechałam na swoim pomarańczowym Whyte’cie, który zaliczany jest w sumie do miejskich przecinaków. Organizator wprowadził w regulaminie podział na kategorie: rowery szosowe, inne i tandemy.

Na starcie należało ustawić się w odpowiednim sektorze. Większości się to udawało. Chociaż mój sektor – H, był przemieszany z G i I. Nie miało to jednak większego znaczenia. Im bliższy sektor, tym z założenia szybszy. Niestety pierwsze pięć sektorów było przewidzianych jedynie dla rowerów szosowych. Utrudniało to życie osobom, które jeżdżą szybko na rowerach MTB – a byli tacy. Teoretycznie mogli oni startować dopiero z sektora F i przedzierać się przez grupy wolniejszych uczestników.

 

Jak mi się jechało?

Trochę miałam obaw przed startem, bo przyznaję, że ostatnio dużo nie jeździłam. Łukasz nie omieszkał mnie jeszcze postraszyć „trupowozem”. Nazwał tak autobus, który jedzie na końcu stawki i zgarnia słabsze osoby oraz te, które miały poważniejsze problemy techniczne na trasie. Tak na marginesie: przejazd był bardzo dobrze oznaczony i zabezpieczony przez różne służby i wolontariuszy.

Oczywiście, że trasa ma 53 a nie 45 kilometrów zorientowałam się w dniu startu ;] Ostatecznie muszę przyznać, że jechało się fajnie. Nie to co w Łodzi, co chwilę światła i samochody, co wymusza zatrzymywanie się. Tutaj można, a nawet powinno się jechać non stop. Do tego na prawie całej trasie był bardzo ładny asfalt i na cienkich oponach sunęło się jak po maśle. To znaczy było by tak, jakby nie wiało. Profil trasy był praktycznie płaski, więc technicznie bardzo łatwy.

Przy takiej pogodzie lepiej jechać w grupkach i wzajemnie osłaniać się od wiatru. Czasami nie jest to takie proste, bo trzeba trafić na ludzi , którzy poruszają się w podobnym tempie. Mi zdarzało się przeskakiwać między takimi grupami, co powodowało, że chwilowo jechałam sama. Na kilka kilometrów przed metą, wsiadłam na koło panu na rowerze MTB. Szedł jak przecinak, co chwilę kogoś mijając. Bez takiej osłony od wiatru, jechałabym znacznie wolniej – dzięki ;]

Za metą wyścigu

 

Wyniki

Przy dystansie 45 km, chciałam się zmieścić w dwóch godzinach. Wyszło nieco ponad, ale przy wydłużonej trasie, więc jestem bardzo zadowolona z rezultatu. Listy z wynikami były wywieszane jakiś czas po zakończeniu, więc jak ktoś liczył na nagrodę w swojej kategorii mógł to sprawdzić.

SMS ze swoim wynikiem dostałam po południu. Na stronie internetowej można było je podejrzeć trochę później – serwery się przywieszały.

sms z wynikami

Kategoria OPEN oznacza ogólne miejsce wśród kobiet na tym dystansie. IK30-39 to skrót od kategorii „inne rowery”, kobiety w przedziale wiekowym 30-39 lat.

 

Czy warto brać udział w amatorskich wyścigach?

Pewnie, że tak. Zawsze jest to nowe doświadczenie, które daje inny pogląd na własne możliwości. Normalnie nie przejeżdżam takiego dystansu ze średnią ~26 km/h, a tu się okazuje, że można. Oczywiście przeciętny rowerzysta nie ma co liczyć na wygraną, ale samo ukończenie wyścigu daję dużą satysfakcję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.